Dla zmysłów

Sierociniec

 Zrealizowany przez debiutanta pod czujnym okiem producenta Guillerma del Toro (reżysera m.in. "Labiryntu Fauna") horror znajduje się na całkowitych antypodach krwawych idiotyzmów w rodzaju "Piły", które ostatnio zdominowały rynek filmów grozy. W subtelnym budowaniu atmosfery przypomina "Innych", ale jest od nich mocniejszy emocjonalnie, głębiej poruszający: to nie tylko przypowieść o utajonej władzy, jaką zmarli mają nad żywymi, ale też studium macierzyńskiej miłości.

Małżeństwo 40-latków, Laura i jej mąż lekarz, wprowadza się do wielkiego domu będącego w przeszłości sierocińcem, w którym Laura spędziła część dzieciństwa. Mają zamiar otworzyć tu rodzinny ośrodek dla upośledzonych dzieci. Jednak ich własne dziecko, Simon - zaadoptowany przez nich siedmioletni wrażliwy chłopczyk, będący nosicielem wirusa HIV - zaczyna się tu zachowywać dziwnie: rozmawia i bawi się ze swoimi niewidzialnymi "przyjaciółmi", co z trudem da się złożyć na karb jego nadmiernie pobudzonej fantazji. A pewnego dnia - znika

Twórcy tego filmu dobrze zrozumieli lekcję Hitchcocka, która jest wciąż za trudna dla ich hollywoodzkich kolegów, że zamiast pokazywać, czasem lepiej jest zostawić wolne miejsce dla wyobraźni widza, że wyczekiwanie na nastąpienie "czegoś" jest bardziej emocjonujące niż owego "czegoś" doświadczanie, że zamiast mnożyć tanie i brutalne efekty, bardziej opłaca się sugerować - że, krótko mówiąc, czasem kilka muszelek ułożonych na piasku może działać silniej niż ucięte i ociekające posoką palce. Podobnie jak "Labirynt Fauna" film rozgrywa się w dwóch planach - realnym i fantasmagorycznym.

W pierwszym jest to historia zrozpaczonej matki, która chce zaginionego synka odnaleźć za wszelką cenę - nawet za cenę zatracenia granicy między rzeczywistością a fantazją (zwanego potocznie obłędem) - i za wszelką cenę z nim połączyć. W drugim - jest to właśnie ów świat mrocznych fantazji, na które otwiera się Laura pod wpływem cierpienia. "Sierociniec" nie jest opowieścią o "nawiedzonym domu" - jest opowieścią o "nawiedzonym umyśle". I nie ma tu znaczenia, czy to, co oglądamy, wydarza się naprawdę, czy jest tylko iluzją udręczonej kobiety, czy ożywieniem jej odległych wspomnień, czy ucieczką w dzieciństwo. Ważne, że jest to świat sugestywny, wciągający, hipnotyzujący - choć zapewne zbudowany z nie najbardziej oryginalnych elementów. I niekiedy przejmująco smutny, co niechętni filmowi krytycy określą zapewne jako "melodramatyzm". Ale w kinie, a nawet w horrorach, nie należy bać się melodramatycznych efektów - to one dopiero nadają lękowi żywą barwę.

Data: 2008-05-19
Ilość odsłon: 49
Autor: T.T.
Komentarze