Dla zmysłów

Proza, poezja i rock and roll

 Ta kronika pewnej formacji duchowej napisana przez najbardziej oczytanego menela PRLu jest realistyczna niczym "Czekając na Godota", czarna jak "Teksty po nic" i równie fikcyjna jak twory Geneta.

"Jak zostałem pisarzem" z jednej strony łamie wszystkie mity o epoce "peerelu" i dopełnia swoistą wiedzę historyczną i kulturową na jej temat. Bo pierwsza budka telefoniczna stała na rogu Freta i Kościelnej. Bo ciociosan był po dwadzieścia złotych lampka. Bo taksówkarze byli podejrzani. Bo w "Bombonierce" co wieczór wygrywane były na fortepianie przedwojenne szlagiery. A "Klubowe" były po cztery pięćdziesiąt. Bo wtedy czytało się Henriego Millera w "Literaturze na Świecie". A później Anais Nin. Na pierwszych wideoodtwarzaczach ogłądało się głównię "Łowcę Jeleni". A to co kręciło ówczesną młodzież to Beckett, Wojaczek, Floydzi i Sex Pistols. Zupełnym bełkotem jednak były dzieła Marksa i Lenina. W przerwach między szkołą, knajpą i Centralnym czytało się Faulknera i Dostojewskiego. Żeby jakoś znieść seriale telewizyjne, Wodeckiego i Rodowicz paliło się marihuanę.

Z kronikarskiego obowiązku Stasiuk wspomina Piotra Ikonowicza, z którym pił wódkę w krzakach za kościołem. Wspomina Krzyśka Skibę, który przedstawił się milicji jako Jimi Hendrix, a oni to zapisali w raporcie. Wspomina Kuronia, w którego mieszkaniu pili spirytus. A później robili graffiti całkiem polityczne pisząc na ścianach "musztarda i ocet". Wspomina też wiele innych egzotycznie ciekawych rzeczy, o których warto przeczytać, a których streszczenie w tym miejscu nie ma sensu.

Z drugiej strony ta próba autobiografii ukazuje autora jako młodego buntownika tej epoki, dla którego stan wojenny był niekończącą się imprezą. A godzina policyjna zmusiła do siedzenia w domu i czytania Baudelaire'a. Między jednym piwem a drugim, naturalnie.

Poprawczak, psychiatryk, wojsko, dezercja, próba samobójstwa, więzienie. Stasiuk łamie kolejny mit. Tym razem miłośnika literatury.

Wypija kilka butelek wina i wchodzi na dźwig pracujący przy budowie Mariottu. Tam uświadamia sobie, że w tym mieście wyżej już nie zajdzie. Wyjeżdza na wieś i zostaje pisarzem.

Jakież to banalne!

Stasiuk, którego rękopisy składają się głównie ze skreśleń, do perfekcji doprowadza język, jakim została napisana biografia. Książkę czyta się w rytmie rokendrolowej piosenki. Pełno w niej cynizmu, humoru, ironii i trafnych porównań. Salwy śmiechu wywołują słowotwórcze aspiracje autora. Przykładów nie będę przytaczał ze względów cenzuralnych.

Co zabawne, im mniej ciekawe rzeczy opisuje tym ciekawiej się je czyta. Z mojej strony mogę tylko polecić tą książkę jako potraktowane z przymrużeniem oka swoiste kompedium wiedzy o czasach, które już nie wrócą. I o autorze. Który wyjechał i też już nie wróci.

Data: 2008-07-25
Ostatnia modyfikacja: 2008-08-21
Autor: T.T.
Oceń ten artykuł
Średnia ocena: 4,67
Komentarze